29 czerwca 2012

Niska cena a pęd tłumu

Od początku lat '80 kiedy to w branży metali szlachetnych nie lada rabanu dokonali bracia Hunt przez ponad 20 lat złoto i srebro w niejednym miejscu zdążyło się pokryć grubą warstwą kurzu. Ale początek XXI wieku dał zwiastuny wielu punktów zwrotnych, w tym spektakularnego wzrostu cen metali szlachetnych. Są one w tej chwili w długoterminowym trendzie wzrostowym i wiele wskazuje na to, że trend ten będzie dalej zmierzać "na północ". W prawdzie ostatnie tygodnie to zdrowa korekta, ale nie oznacza to końca wzrostów*. I w tym właśnie miejscu warto przypomnieć sobie wykresy z ostatnich 12 lat.

źródło: www.kitco.com

Jak widać w 2008 roku metale głęboko zanurkowały, aby później - można by rzec - eksplodować.  Tak więc nagły spadek ceny to nie zawsze początek trendu spadkowego. W przypadku złota inwestorzy uciekli najprawdopodobniej do płynnych aktywów. W przypadku srebra spowolnienie gospodarcze obniżyło popyt na ten metal w przemyśle, a przez to "zepchnęło" jego cenę. Mniejszy popyt = mniejsza konsumpcja = mniejsza produkcja = niższe ceny. Po spadku metali w 2008 roku "na ratunek" przybył jednak Ben Bernanke ze swoimi drukarkami i wszystko wróciło do "normy".

Wracając jednak do meritum, czynniki regulujące wzrost cen metali są liczne. Pisaliśmy już kilkakrotnie o  jednym z nich, tj. wpływie zbiorowości. Każdy z nas szuka możliwości pomnożenia swoich zasobów, ale warto pamiętać o dwóch rzeczach: (1) kierują nami emocje; (2) kiedy ktoś zarabia to ktoś musi stracić. Emocja jak wiadomo wymyka się chłodnej analizie i prowadzi to godnych pożałowania decyzji. Kto swoje "utopił" na giełdzie ten wie i rozumie. Kiedy emocja dochodzi do głosu to sprawia jednocześnie, że zapomina się o drugiej z wymienionych rzeczy. Nadmierny entuzjazm, myślenie życzeniowe, optymizm podsycany przez media, itp. silnie oddziałują na umysł Kowalskiego, który wychodzi z założenia, że skoro wszyscy zarabiają to i on również może. Dochodzi więc do "pędu tłumu", który nieświadomy tego, że co się wznosi musi upaść, lokuje nie lada pieniądze w aktywa będące w szczycie cenowym.

Pęd ten nie tyle nadaje kierunek cenom co raczej potęguje ich wzrost lub spadek. Jest on w gruncie rzeczy ekspresją nieokiełznanej emocji, z reguły kreowanej i podsycanej przez grad dopływających informacji. Mocno w tym palce maczają media, które cenią sobie nie tyle rzetelną informację, co po prostu jej podawanie. Są one niejednokrotnie skrajnie głupie, ekstremalnie bezmyślne, a nawet zaskakująco nieludzkie**. Skupiają się na ciągłym "paplaniu" zamiast tworzeniu warunków do lepszego rozumienia wydarzeń zewnętrznych. Stąd też niejeden Kowalski utopił nie lada kapitał na akcjach, nieruchomościach czy innych aktywach. Kiedy cena będzie wybijać się pionowo w górę, media skierują uwagę na to właśnie wydarzenie. Póki cena idzie w dół lub stoi w miejscu jest to całkowicie nudne i "nie godne" opisywania. Czy ktoś słyszał jakąś wyraźną informację ostatnio na temat srebra lub platyny?? Czy istnieje - szerzej odbierany, a nie niszowy - program lub audycja tłumacząca dlaczego istnieje inflacja i jakie są
Prawdziwe źródła jej wzrostu?? Czy jakiekolwiek programy informacyjne mówią dlaczego dolar amerykański jest negatywnie skorelowany ze złotem??

I czy wreszcie ktoś tłumaczy jaka jest logika walki z długami państw za pomocą kolejnych długów??


Broń Boże! Przecież to wymagałoby myślenia.
I tak mamy zero informacji na temat metali, których cena nie wybija się w górę, zniekształcone wskaźniki inflacji, które praktycznie nic nie znaczą dla większości z nas oraz nad wyraz powierzchowne informacje na temat walut.

Mądry pieniądz lubi ciszę.


Boomu jeszcze nie ma, ale wzrost trwa od wielu lat i podłoże do manii zaczyna nabierać kształtów. Zainteresowanie metalami, pomimo chwilowej korekty, stopniowo rośnie o czym świadczą najróżniejsze sposoby ich kupowania i sprzedawania. Oczywiście poza standardową metodą jaką jest nabycie namacalnego metalu, dostępnego od ręki bez zbędnych ceregieli, można nabywać je również przez najróżniejsze portale, platformy i za pośrednictwem tak banków jak i samych dealerów. Można kupić kontrakty, można kupić lokaty na złoto, można wreszcie kupić metal, który jest przetrzymywany w jakimś bliżej nieokreślonym szwajcarskim skarbcu, itp. W czterech słowach, do wyboru do koloru.

Każda z metod ma swoje plusy i minusy, ale tym razem meritum nie są ani wady ani zalety poszczególnych sposobów inwestowania, lecz rosnące coraz szybciej zainteresowanie metalami. Oznacza to, że szum rynkowy, jest coraz głośniejszy i będzie się on odbijał coraz szerszym echem. Kiedy dotrze ono do większości każdy Kowalski będzie chciał się podczepić pod trend. Trend ten będzie jednak już w tak zaawansowanej fazie, że szanse na zarobek będą absolutnie zminimalizowane.

I tym sposobem dochodzimy do sedna sprawy. Kiedy wszyscy będą ogarnięci metalomanią cena poszybuje wysoko hen hen do góry. Pęd tłumu będzie jednym z czynników podsycających płomień wzrostu. Spóźniona masa tradycyjnie pomoże mniejszości, która za wczasu zorientowała się w tym co miało nadejść. I tak jak nagłe, ale i potężne zainteresowanie rynkiem poprowadzi do zintensyfikowania wzrostu, tak w konsekwencji przyśpieszy skorygowanie nad wyraz zawyżonej ceny. Narazi to spóźnionych pseudoinwestorów na niebagatelne straty. Jest to prawo rynku, którym rządzą emocje. Kto ma plan i względnie silnie nerwy może się przygotować. Te pierwsze jest jednak o niebo ważniejsze, bo chcieć nie zawsze oznacza móc, a mając plan i szczyptę dyscypliny można już wyjść z chaosu rynku bez szwanku.



źródło: link

A o sile emocji mówi anegdotka (jakże gorzka) o genialnym fizyku, który wbrew pozorom ulegał emocjom, kreowanym przez zbiorową spekulację. Mowa o Sir Newtonie, który w 1720 roku poczynił następującą notatkę:

"Mogę obliczyć ruchy ciał niebieskich, ale nie szaleństwo ludzi". Niedługo po tym, 20. kwietnia 1720 roku sprzedał nabyte wcześniej akcje Kompanii Mórz Południowych inkasując 100% zysk, który wyniósł wówczas 7.000 funtów. Emocja, która ogarnęła wszelkiej maści poszukiwaczy zysków była tak silna, że nawet sir Newton, który uchodził za człowieka Racjonalnego, po raz kolejny postanowił spróbować swoich sił. Na swoje nieszczęście nabył aktywa w szczycie cenowym, co ostatecznie naraziło go na straty rzędu 20.000 funtów. Nie trudno sobie wyobrazić, że ówczesne 20.000 funtów to nie to samo co dzisiejsze.

Każdy kij ma dwa końce. Ci, którzy to wiedzą mogą na tym skorzystać. Ci, którzy widzą tylko jeden kraniec narażeni będą na straty. Warto mieć plan.


* Oczywiście istnieje możliwość końca wzrostów cen metali szlachetnych, ale prawdopodobieństwo tego jest nad wyraz niskie. Krótko rzecz ujmując politycy musieliby przejść umysłową metamorfozę i pozwolić na bankructwa wszystkich instytucji, których salda są wyraźnie ujemne. Drukowanie pieniędzy na ratowanie dłużników to najkrótsza droga do podbicia cen metali. Obserwując ostatnie wydarzenia w europarlamencie nic nie wskazuje na to, aby prace drukarek miały być wstrzymane.
** Dostępna literatura opisuje wiele przypadków (z reguły amerykańskich) dziennikarzy i reporterów, którzy na miejscu katastroficznego lub innego nieszczęśliwego zdarzenia woleli nagrywać zdarzenie niż pomóc osobie, której życie było zagrożone. Znany jest przypadek kiedy dziennikarz robił zdjęcia osoby tonącej, zamiast po prostu jej pomóc.

26 czerwca 2012

Kryzys w strefie Euro

Jak wiadomo kryzys ma się coraz lepiej, co widać i słychać. Ostatnimi czasy wiele mówi się nie tylko o Grecji, ale także o Hiszpanii i Włoszech. Oczywiście politycy wiedzą swoje, a jak wiadomo wiele miesięcy temu nie jeden twierdził, że kryzys się kończy, że wystarczy zrobić to i owo, i znów wrócimy do wzrostu gospodarczego... oczywiście stopniowo, ale wrócimy...

Cóż powrotu nie widać. Widać za to prawdziwe załamanie. Wisi ono w powietrzu i nie da się z tym już nic zrobić. Wybór ogranicza się do kilku działań, które mogą mieć wpływ na skalę kryzysu. Uniknąć się go jednak nie da. Im więcej politycy będą chcieli naprawiać i zmieniać na lepsze tym gorzej dla nas wszystkich. I jak to rzekł ponoć pewien angielski polityk: "Change? Why change? It's bad enough".

źródło: link

A dziś na łamach naszego bloga Alessio Rastani, postać zdecydowanie znana od pewnego czasu, która za sprawą swojej wypowiedzi na temat Goldman Sachs wywołała wiele kontrowersji. Słuchy na jego temat chodzą różne, aczkolwiek nas interesuje to czy jego wypowiedzi są sensowne i wartościowe. Kto chce może posłuchać jego komentarza odnośnie bieżącej sytuacji Hiszpanii oraz Eurolandu w tym miejscu. W prawdzie po angielsku, ale naprawdę warto. Nowe spojrzenie, nowe przemyślenie, a wszystko nie z punktu widzenia niekompetentnego polityka czy wystraszonego bankiera, a tradera, który aby zarobić na chleb musi ZNAĆ rynek i podejmować ryzyko. Ryzyko, którego smak jest absolutnie obcy rządzącym, gdyż nie ryzykują oni w żaden sposób własnymi pieniędzmi tylko cudzymi. To czyni różnicę.

17 czerwca 2012

Krótko, zwięźle i na temat

Dziś fragmenty z wywiadu, którego udzielił niedawno Peter Schiff. Polecamy przeczytać całość.

źródło: link

W imię szlachetnych ideałów banki centralne drukują pieniądze bez pokrycia, tym samym uniemożliwiając rozwiązanie najistotniejszych problemów współczesnych gospodarek. Takie działania doprowadziły nas do obecnego kryzysu i uczynią kolejną jego fazę bardziej nieznośną. 

Problemy gospodarcze będą się pogłębiały (...) Jednak ostatecznie będziemy się musieli zmierzyć z wyzwaniami. Rzeczywistości nie da się zaczarować. Stanie się to wtedy, gdy nie będzie można już pożyczać pieniędzy z powodu braku oszczędności, a jedynym pożyczanym pieniądzem będzie pieniądz pusty powodujący inflację.

To wydatki rozrośniętego rządu są przyczyną braku wzrostu gospodarczego czy tworzenia nowych miejsc pracy, czyli tego, o co stale na swój sposób zabiegają politycy. Dotyczy to także Europy.

Problem polega na tym, że my nie zadłużamy się na inwestycje służące wzrostowi takie jak autostrady. To raczej wydatki socjalne i emerytalne wypychają inwestycyjne w budżetach państw. Tak uczą nas na uczelniach, że nie należy gwałtownie zmniejszać wydatków rządowych, bo to prowadzi do recesji.

Nie dość powiedzieć, że w krajach Zachodu są wysokie, to jest to poziom, po przekroczeniu którego w stopniu niesłychanym zaburzone zostaną mechanizmy rynkowe. Zatem zbliżamy się do jakiegoś punktu krytycznego.


I tak dalej. W zasadzie każda wypowiedź Schiffa to perełka dla każdego człowieka szukającego zdrowych i logicznych wyjaśnień bieżących problemów. Nie wystarczy, że Schiff mówi jasno i klarownie to dodatkowo z sensem i powagą. Po prostu krótko, zwięźle i na temat. Żadnego lania wody i wygadywania bzdur w stylu zewnętrznych przyczyn inflacji, itp.


Co więcej, mówił on o tym wszystkim wiele lat temu. Nikt go nie słuchał. I teraz rzecz się ma podobnie. Tymczasem w sieci i mediach mówi się oraz pisze, że koniec strefy Euro jest jak najbardziej możliwy... jak najbardziej możliwy??!!! Przecież o tym wszystkim można już dawno było się dowiedzieć z mediów nie mainstreamowych. No właśnie, nie mainstreamowych...


Za kilka lub kilkanaście miesięcy będziemy mieli powtórkę z tej rozrywki, tyle że z dolarem w roli głównej. I znów będzie się mówić o jego słabości, jego ratowaniu, jego "niespodziewanie" ciężkiej sytuacji i wreszcie potencjalnym upadku. I znów będzie zdziwienie wśród tych, którzy żyją przeszłością, kiedy 1$ stanowił polską dniówkę. Dziś ta dniówka to już tylko równowartość piwa. Waluta amerykańska została popsuta i traci swoją wartość, choć w mass mediach nie mówi się o tym ani wprost, ani jasno. A już na pewno nie na bieżąco. Ale kto by tam myślał teraz o dolarze, skoro tak wysoko ostatnio poleciał.


Gorzkie w tym wszystkim jest myślenie większości, która wychodzi z założenia, że skoro coś leci w górę to zawsze będzie lub co najwyżej utrzyma się na niezmienionej wysokości. Tymczasem wszystko co wybija się w górę musi ostatecznie opaść w dół. Nie ma innej możliwości. Oczywiście takie rzeczy nie powinny się zdarzać, a już na pewno nie z tak ogromną amplitudą wahań, w systemie stabilnego, zdrowego i Normalnie zarządzanego pieniądza. Ale kto by się tam interesował błędami systemu, w którym co roku jest deficyt, dług, inflacja, a rozwój gospodarczy mierzy się nie poprzez ilość i jakość produktów, a poprzez obieg bezwartościowego obiektywnie papieru, zwanego powszechnie pieniądzem.

1 czerwca 2012

Inflacja według supermarketu maj 2012

Dziś głos oddajemy liczbom.


01.12
02.12
03.12
04.12
05.12
1. Olej Wielkopolski 1L
6,19
6,39
6,99
7,29
7,29
2. Ryż biały Sonko 1kg
2,79
2,79
2,79
2,99
2,99
3. Dżem z Łowicza 280g
3,89
3,29
3,59
3,89
3,89
4. Kakao DecoMorreno 80g
3,89
4,09
4,09
4,09
4,09
5. Cukier Diamant 1kg
3,59
4,49
4,69
4,49
3,65
6. Kefir Zott 400g
1,49
1,59
1,69
1,59
1,59
7. Wafelek Prince Polo
1,19
1,19
0,99
0,99
0,99
8. Masło Łaciate kostka 200g
4,49
4,09
3,69
3,59
4,29

01.12
02.12
03.12
04.12
05.12
1. Olej Wielkopolski 1L
6,19
+ 3,23%
+ 12,92%
+17,77
+17,77%
2. Ryż biały Sonko 1kg
2,79
0%
0%
+7,16%
+7,16%
3. Dżem z Łowicza 280g
3,89
- 15,42%
- 7,71%
0%
0%
4. Kakao DecoMorreno 80g
3,89
+ 5,14%
+ 5,14%
+5,14%
+5,14%
5. Cukier Diamant 1kg
3,59
+ 25,06%
+ 30,64%
+25,06%
+1,67%
6. Kefir Zott 400g
1,49
+ 6,71%
+ 13,42%
+6,71%
+6,71%
7. Wafelek Prince Polo
1,19
0%
- 16,80%
-16,80%
-16,80%
8. Masło Łaciate kostka 200g
4,49
- 8,90%
- 17,81%
-20,04%
-4,45%

Jak widać, bez większych zmian. Chciałoby się powiedzieć, że nawet nudno. Potaniał jedynie cukier. Masło z kolei zdrożało. Czekamy na dalszy rozwój wydarzeń i na wskaźnik inflacji liczony przez GUS za drugi kwartał 2012, który z końcem czerwca dobiega końca.

29 maja 2012

Złożoność pojęcia inflacji

W sieci czytamy, że: inflacja w Polsce ma przyczyny zewnętrzne. Należą do nich głównie wysokie ceny paliw oraz deprecjacja kursu złotego.

W zasadzie to nie wiadomo co odpowiedzieć na słowa Pana Raczko, członka zarządu NBP, bo z jednej strony ręce opadają słysząc/czytając takie rzeczy,  z drugiej zaś wypada wskazać na błędy...

Zacznijmy od pojęcia inflacji. Posiłkować będziemy się przy tym słowami autorytetu w tym zakresie: Henry Hazlitt'a. Wydaje się bowiem, że jego myśl najlepiej uchwyciła meritum zjawiska. I tak, jego zdaniem*:

Inflacja to coś, z czym obiecują [politycy] nam "walczyć", rzecz jasna pod warunkiem, że Kongres, czy sam naród, dostarczą odpowiedniej "broni" albo "silnego prawa", które w tej walce pomogą.

Tymczasem prawda jest taka, że inflacja została powołana do życia przez naszych przywódców, przez ich własną politykę monetarną i fiskalną. Obiecują nam zatem, że prawą ręką będą zwalczać to, co podają nam lewą ręką.

To co nazywają inflacją, jest zawsze i wszędzie, wywołane głównie poprzez wzrost podaży pieniądza i kredytu. Prawdę mówiąc, inflacja jest właśnie wzrostem podaży pieniądza i wielkości kredytu.

Słowo inflacja odnosiło się początkowo wyłącznie do ilości pieniądza (...) Używanie terminu "inflacja" w znaczeniu: "wzrost cen" odwraca uwagę od prawdziwej przyczyny inflacji oraz od lekarstwa, które mogłoby ją uleczyć.

(...) słowo inflacja jest dziś powszechnie stosowane w znaczeniu "wzrost cen". I z tego powodu bezowocnym i czasochłonnym wydaje się unikanie tego znaczenia lub poprawianie go na każdym kroku.

Z chwilą wzrostu podaży pieniądza ludzie posiadają więcej pieniędzy, za które mogą nabywać dobra. Jeśli w tym samym czasie ilość dóbr nie wzrośnie - albo nie wzrośnie w stopniu równym wzrostowi podaży pieniądza - ceny dóbr wzrosną. Każdy jeden dolar stanie się mniej wart, gdyż teraz jest tych dolarów więcej.

W tej sytuacji Kowalski może zrobić jedną z 4 rzeczy:

1. Totalnie zignorować to co mówią członkowie zarządu NBP i odwiedzić www.plotek.pl celem uzyskania zdecydowanie ciekawszych informacji (zapewne większość Kowalskich nawet nie zainteresowała się informacjami o bieżącej inflacji).
2. Uwierzyć w słowa członka zarządu NBP i odwiedzić www.plotek.pl 
3. Samemu zastanowić się nad przyczynami inflacji. To akurat wymaga zapoznania się - przynajmniej do jakiegoś stopnia - z podstawami ekonomii, dokonania analizy informacji i określenia własnego stanowiska.
4. Mając świadomość tego, że inflacja bierze się z "produkcji" pieniądza, oddać się refleksji na temat tego, dlaczego członek zarządu tak poważnej instytucji jak Narodowy Bank Polski staje w jawnej opozycji wobec stanowiska opartego na zdrowym rozsądku?

W przypadku oddania się refleksji można przyjąć dwa założenia: cytowany członek zarządu NBP rzeczywiście nie rozumie pojęcia inflacji i o jawnej kpinie mówić nie możemy lub z niewiadomych szaremu Kowalskiemu powodów twierdzi, że jej źródłem jest deprecjacja złotego oraz wysokie ceny paliw wiedząc, że wcale tak nie jest.

Przyznajemy otwarcie, że w naszej opinii inflacja to przede wszystkim wzrost ilości pieniądza, który w konsekwencji prowadzi do wzrostu cen. Zgadzamy się z Panem Hazlitt'em, gdyż jego podejście jest nie tylko zrozumiałe, ale przede wszystkim oparte na tzw. zdroworozsądkowym myśleniu. Warto dodać, że pojęcie inflacji jest względnie młode i zawitało na salonach rozważań ekonomicznych dość niedawno**. Zjawisko to wiąże się ze zwiększaniem ilości pieniądza, które trafiają w ręce konsumentów. To co twierdzi Pan Raczko jest dla nas co najmniej lekko zawiłe:

W długim okresie nie liczy się nominalny kurs walutowy, ale realny kurs walutowy. Nie można uważać płynnego kursu walutowego za panaceum, które rozwiąże wszystkie problemy naszej gospodarki (...) Trzeba się zastanowić, czy odporność polskiej gospodarki na zjawiska kryzysowe będzie możliwa do utrzymania w długim terminie, czy też została już skonsumowana w pierwszym kryzysie. (...) Musimy umocnić długoterminową politykę budżetową.

Rzecz jasna monopolu na rację nie posiada nikt, a przez to tak Hazlitt jak i każdy jego zwolennik może się mylić, ALE aby ludzie mogli się nawzajem porozumieć*** muszą wziąć sobie do serca słowa Alberta Einsteina:

źródło: link

W zgodzie z myślą geniusza fizyki i celem bycia zrozumianym przez naszych czytelników upraszczamy nasze stanowisko:

inflacja = wzrost podaży pieniądza
więcej pieniędzy = wzrost cen

A dla miłośników PRAWDZIWYCH wskaźników inflacji już wkrótce kolejny wpis z serii "Inflacja według supermarketu".

* Hazlitt, H., (2007). Inflacja. Wróg publiczny nr 1. Warszawa: Fijorr Publishing.

** Inflacja oczywiście pojawiała się już nawet tysiące lat temu, ale jako termin i pojęcie odnoszące się do zjawiska natury ekonomicznej zdobyło szerokie zainteresowanie kilkadziesiąt lat temu.

*** Dla miłośników lingwistyki polecamy oddać się refleksji na temat genezy i budowy słów "porozumienie" i "zrozumienie".

23 maja 2012

Ile warte są długi innych państw?

Kontynuując wątek z poprzedniego wpisu podajemy krótką (tym razem dobrze zweryfikowaną) statystykę na temat zadłużenia poszczególnych krajów w przeliczeniu na złoto.

W chwili pisania:

1. Au: 1558,9 $
2. € $: 1,267
3. $ PLN: 3,434

źródło: link



Dług w dolarach
Dług w uncjach złota
Posiadana ilość uncji złota
% zasobów Au wobec długu w Au
Polska
237,371,869,539
152,268,823
3,311,900
2,17 %
Grecja
444,182,959,500
284,933,581
3,591,639
1,26 %
Niemcy
2,525,493,362,000
1,620,048,343
109,205,787
6,74 %
Hiszpania
899,618,146,000
577,085,217
9,054,662
1,56%
Francja
2,211,032,831,000
1,418,328,841
78,308,681
5,52%
Portugalia
194,230,466,500
124,594,564
12,299,035
9,87%
Włochy
2,454,419,730,000
1,574,456,174
78,836,012
5,00%

Różnie to wygląda. Z danych wynika, że mieć dług i mieć dług w złocie to dwie różne rzeczy, czego przykładem może być choćby mała Portugalia. Pod względem zadłużenia w złocie istnieją kraje, które o niebo lepiej się prezentują niż przedstawione powyżej*. Co jednak z tego wyniknie nie wiadomo. Pewne jest, że w czasach epidemii głupoty politycznej lepiej mieć złoto niż nie.

* Żądnych dalszych informacji odsyłamy na www.gold.org (statystyki o zasobach złota poszczególnych państw) oraz na www.nationaldebtclocks.com (bieżące zadłużenie różnych krajów)

22 maja 2012

Ile wart jest nasz dług?

Państwa bankrutują kiedy są zadłużone i nie mają czym pokryć swoich zobowiązań. Proste. Póki wszystko "jakoś" się kręci, a perspektywę nieuniknionego kryzysu zbywa się słowami o wyjściu na prostą dzięki wspaniałym nowym regulacjom, pakietom pomocowym, cięciom budżetowym, itd., nikt nie dopuszcza myśli o tym, czego doświadczymy przez błędy polityków i bankierów. Ktoś w końcu "padnie", ale oczywiście zamiatamy ten fakt pod dywan jak tylko się da. Tyle, że cały brud pod dywanem tak go już wypiętrzył, że nie tylko wygląda on jakby skrywał trupa, ale co gorsza idąc po tym dywanie można się jeszcze potknąć.

Chcąc spłacić dług można chwycić się różnych rzeczy:
1. Podwyższyć podatki i przeznaczyć je na spłatę zadłużenia (dość iluzoryczne w dłuższej perspektywie, gdyż jak wiadomo politycy i urzędnicy nie mają zielonego pojęcia o mądrym gospodarowaniu kapitałem + kilka innych).
2. Zwiększyć produktywność, która pozwoli na generowanie większych dochodów. W dwóch słowach, trzeba więcej i lepiej pracować. Cóż... nikt nie mówił, że będzie lekko. 
3. Zmniejszyć konsumpcję. KLUCZOWA SPRAWA. Dług powstaje wówczas, gdy więcej się wydaje niż zarabia. Niby proste, ale dla większości niezwykle trudne do zaakceptowania.

Dziś każdy każdemu jest winny pieniądze, a długi USA, Grecji i Polski to nawet pikuś przy tym co winna jest Japonia (200% PKB). Wszyscy toną w długach i nie wygląda na to, aby w sytuacji krachu znalazł się pożyczkodawca ostatniej instancji. Nie będzie komu uratować banków i państw, bo nie będzie po prostu za co.

Ale jest jeszcze jeden sposób. Ulubiona metoda polityków. Drukowanie*. Kiedy dług jest na tyle duży, że bieżące przychody nie są w stanie go pokryć puszczamy drukareczki w ruch, emitujemy taką ilość pieniążków jaka nam się tylko podoba i po sprawie. Wystarczy wcisnąć Enter.

Konsekwencją jest hiperinflacja. A konsekwencją hiperinflacji szalejące ceny metali szlachetnych oraz innych towarów. Papierowe pieniążki zaczynają parzyć ręce i nikt już ich nie chce mieć. Pojawia się wówczas moment kiedy dług można spłacić za pomocą złota. Można. I na tym z reguły koniec, bo mało kto byłby gotowy zrobić coś takiego.

Czas na obrazki. Poniżej wykres zestawiający ze sobą wzrost zadłużenia w USA i wzrost ceny złota. Korelacja jest prawie idealnie pozytywna. Większy dług = wyższa cena metalu. Proste. Czy długi Państw maleją? Nie. Co to oznacza? Dalszy wzrost cen złota i srebra. Tradycyjnie odsyłamy tutaj, aby prześledzić bieżące zadłużenie Polski.

Ci, którzy twierdzą, że zadłużenie da się opanować, a złoto nie przebije ostatniego rekordu muszą być dość naiwni. Ci, którzy ustanawiają prawo myślą brzuchem, nie głową. Z tego też tytułu "konsumpcja narodowa" nie ma prawa zmniejszyć się na tyle, aby generowane przychody pozwoliły spłacić zadłużenie.

źródło: link

Absolutnie alternatywną metodą i najprawdopodobniej taką, z której - jak już wspomnieliśmy - nikt nie skorzysta jest spłacenie długu złotem. Jeśli złoto będzie szło w górę, zaś nasze zadłużenie nie wzrośnie znacznie będzie istniała możliwość pokrycia długu metalem. Jak widać na poniższym wykresie, wraz ze wzrostem ceny złota, zadłużenie USA liczone w tym metalu malało przez wiele ostatnich lat.

źródło: link

Pytanie brzmi: kogo stać i kto w ogóle by się zdecydował na pokrycie zadłużenia złotem. Myśląc o swoim podwórku przedstawmy proste wyliczenie:

1. Dług publiczny Polski w chwili pisania: 815.018.000.000 PLN

2. Polskie rezerwy złota: 103 tony, a więc ok. 3.311.900 uncji.

3. Wartość uncji w chwili pisania w PLN: 5378 zł.

3.311.900 * 5378 = 17.811.398.200 PLN.

Nasze dzisiejsze rezerwy złota są w stanie pokryć 2,18 % zadłużenia.

I niech ta liczba mówi sama za siebie.

* Dla miłośników zabaw lingwistycznych: warto zwrócić uwagę na dosłowne i potoczne znaczenie słowa drukować. Ku naszemu zdziwieniu można dopatrzeć się wspólnych punktów dla ustawiania meczów piłkarskich i ustawiania wartości waluty.


Korekta: jeden z naszych czytelników dostrzegł błąd. Otóż słusznie, albowiem uciekło nam parę zer. Poprawka w liczeniu została naniesiona.