11 maja 2012

Zapomniany banał o spekulacji

Dziś refleksji na temat banałów ciąg dalszy. Zaczynamy od drobnej obserwacji. Otóż żyjąc w systemie, w którym baza monetarna permanentnie (a w niektórych okresach nawet błyskawicznie*) rośnie, stoimy pod ścianą i nie mając wyboru musimy uczestniczyć w jednym wielkim wyścigu szczurów. Im więcej "pieniędzy" w obiegu, tym wszystko droższe, a więc i my musimy mieć więcej. Kto nie goni ten pada, bo pieniądze posiadać trzeba, a nawet posiadać ich trzeba coraz więcej. W przeciwnym razie głód, bieda, zgrzytanie zębów, a nawet wizyta komornika lub windykatora.

Nie dziwi więc, że wolny rynek zaczął przypominać dżunglę, w której każdy chce oferować jak najwięcej produktów i usług, z tej banalnej przyczyny, aby po prostu generować kolejne zyski. Pieniądz, który stoi w miejscu traci na wartości. Można więc albo zarabiać albo tracić. Inna opcja nie istnieje. Kto nie wierzy niech wrzuci pieniądze na lokatę i nic nie robi, a po roku porówna zyski z inflacją.

Idąc tym tropem nie da się nie zauważyć, że dochodzi do sytuacji, w których np. firma pierwotnie świadcząca usługi telekomunikacyjne zaczyna oferować ubezpieczenia na życie, instytucje zajmujące się poniekąd monitoringiem długów sprzedają informację na temat dłużników**, a w poczciwych placówkach pocztowych można zrobić dokładnie to samo co w banku*** i do tego kupić "Życie na gorąco", a gdzie nie gdzie nawet proszek do prania.

źródło: link

Niestety system, który aprobuje inflację, luźną politykę kredytową oraz "prężne" budowanie aparatu administracyjnego, zgodnie z historią, prowadzi ostatecznie do tego, że pewnym momencie dochodzi do anomalii jakimi są krótkotrwałe, lecz intensywne hossy, a zaraz po nich bolesne pękanie baniek. Konsekwencje tego są daleko idące, ale jedną z rzeczy, które zasługują na szczególną uwagę jest fakt, że KTOŚ ZAWSZE NA TYM TRACI. Banał, nieprawdaż? Ale bardzo zapomniany...

Reklamy platform dla traderów giełdowych krzyczą: "Zarobiłem 300€ w 2 godziny". Doradcy inwestycyjni z pełnym przekonaniem polecają nabywanie jednostek uczestnictwa określonego funduszu inwestycyjnego, gdyż do tej pory zarobek był taaaaaaaki. W dwóch słowach: można zarobić.

Oczywiście, że można zarobić... MOŻNA, ale ile można stracić? Te pytanie już rzadko pada z ust inwestorów. I wcale nie dziwi, gdyż gdy do głosu dochodzi emocja (np. chciwość) rzadko kto robi plan B. Bo i po co? Przecież doradca finansowy mówi, że zarobek będzie mur beton. Mówi.

Reasumując: współczesny rynek to jedna wielka spekulacja. Jeśli ktoś zarabia to ktoś musi stracić. Gdyby miało być inaczej wykresy zmierzałyby nieustannie "na północny wschód". Tymczasem są to sinusoidy. Chciał nie chciał nie zawsze trzeba grać na giełdzie, aby być wciągniętym w jeden wielki system spekulacji. Warto dodać, że owoców spekulacji i błędów systemu posmakowały (i wciąż smakować będą) osoby, które nabyły nieruchomości w szczycie hossy. A co gorsza na kredyt. Ale co tam, przecież doradcy inwestycyjni dawali taaaaaki super kredyt, a mieszkania miały taaaaak rosnąć w górę****.

Przykładów jest więcej. Choćby najbardziej prozaiczny i dotyczący naszej ukochanej inflacji: kto zyskuje? Dłużnik i posiadacz srebra i/lub złota. Kto traci? Posiadacze gotówki lub cyferek na koncie (por. poprzedni wpis). Aha! I posiadacze lokat też.

Kolejny przykład? Proszę bardzo: fundusze inwestycyjne, które jeszcze kilka lat temu biły rekordy popularności. Były nawet takie, które dawały ponad 300% zwrotu w skali roku! Opłacało się więc brać kredyt i inwestować (i wielu tak robiło). Kto zyskał? Ten kto wiedział, a więc kupił tanio, sprzedał drogo. Kto stracił? Ten kto skusił się wynikami funduszu i uwierzył, że hossa będzie trwać jeszcze długo, ale był ostatnim kupującym przed spadkiem wartości jednostek uczestnictwa.

KAŻDY KIJ MA DWA KOŃCE. GRUNT TO NIE BYĆ OSTATNIM KUPUJĄCYM PRZED SPADKIEM CEN.

Brzmi wręcz trywialnie, ale czy to rzeczywiście takie proste? Cóż... o pułapkach, które najlepiej opisuje psychologia tłumu pisaliśmy i z pewnością jeszcze pisać będziemy. Warto jednak spojrzeć na sytuację z jeszcze jednej strony: otóż w sytuacji krachu i paniki rzesze inwestorów masowo wyprzedają aktywa, jest to absolutnie nieracjonalne. Tłumem kieruje bowiem emocja. Z punktu widzenia jednostki, zachowanie takie nosi jednak jak najbardziej znamiona racjonalnego myślenia. Kiedy wszyscy sprzedają to robi się chaos i większość traci, kiedy jednak spojrzymy na sytuację z punktu widzenia pojedynczego inwestora jest to jak najbardziej zrozumiałe. Chce on bowiem zminimalizować straty. Przypomina to sytuację kiedy kibic na meczu wstaje, aby lepiej widzieć boisko. Całkowicie zrozumiała rzecz. Osoba siedząca za nim, chcąc mieć równie dobry widok, musi także wstać. Dochodzi w końcu do absurdalnej sytuacji kiedy wszyscy muszą wstać, żeby obejrzeć ten sam mecz, choć gdyby wszyscy usiedli sytuacja wróciłaby do normy. To samo się dzieje, kiedy wszyscy muszą się z danego meczu awaryjnie ewakuować. Pojedynczy kibic chce uciec zagrożeniu jak najszybciej. Proste. Racjonalne jak najbardziej. Ale kiedy do wyjścia rzuca się tłum tracą na tym wszyscy.

Tak więc punkt widzenia i punkt siedzenia. Jedno to wiedzieć, a drugie robić.

Banał banałem, ale w czasie zawirowań polityczno ekonomicznych warto go mieć na uwadze i zastanowić się po której stronie barykady się znajdujemy.

* Np. słynne już QE, QE2, których powtórek można się w nieodległej przyszłości spodziewać
** Kolejny absurd państwa polskiego. Gdyby nie było sprzedawania na termin i na "zły" kredyt nie byłoby tyle długów. Mniej nerwów, mniej stresu. Kreatywność jednak imponuje, gdyż pokazuje, że na długu też można zarobić.
*** Poczta Polska to nie tylko instytucja zajmująca się dostarczaniem przesyłek pocztowych. Zakres jej działalności obejmuje także zarządzanie funduszem emerytalnym (1/3 udziałów), usługi bankowe, ubezpieczeniowe, informatyczne, a nawet usługi leasingowe, działalność wydawniczą, marketingową i szkoleniową,
**** Gdyby trend wzrostowy miał się utrzymywać od 2007 roku to dziś normą byłaby cena metra kwadratowego mieszkania w stolicy za 15.000 - 20.000 zł, a może nawet więcej. Oczywiście mowa o mieszkaniu w średnim standardzie.

9 maja 2012

Metal vs papier vs zapis cyfrowy

Dziś krótka refleksja nad wyższością metalu nad papierem, a już na pewno nad zapisem cyfrowym. Skłaniają nas do tego wydarzenia ostatnich dni. Otóż klientom mBanku oraz Multibanku serce stanęło w gardle, gdyż ku ich ogromnemu zaskoczeniu należące do nich konta bankowe po prostu się wyzerowały.

Zapewne sprawa zostanie wyjaśniona, nieodzyskane jeszcze "pieniądze" zwrócone, itd.

źródło: link

Czas na wnioski:

1. Metal nie paruje, nie rozkłada się oraz nie utlenia się do całkowitego zniknięcia. Jego waga oraz struktura chemiczna nie zmieniają się na przestrzeni setek czy nawet tysięcy lat. Z tego też powodu nie mogą zniknąć "ze stanu" tak jak zapis cyfrowy.

2. Papier jest w dwóch słowach podatny na uszkodzenia mechaniczne oraz inflację (czyt. coś co politycy myślą, że kontrolują). Można go podpalić, przedrzeć, wytrzeć. Jednym słowem zniszczyć. Można go też drukować w nieskończoność i twierdzić, że posiada wartość, podczas gdy poza kalorycznością (można w końcu "pieniędzmi" palić w piecu, tu zdjęcie) oraz wartością kolekcjonerską pewnych egzemplarzy nie posiada on obiektywnej wartości.

3. Zapis cyfrowy ma charakter wirtualny i choć znajduje szerokie zastosowanie w dobie niezwykle szybko postępującego rozwoju technologicznego, umożliwia "znikanie" środkom płatniczym, które określa się jako pieniądze. Pole do popisu w zakresie manipulacji cyframi na koncie jest to doprawdy szerokie.

Rzecz jasna zapis cyfrowy oraz papier mają swoje zalety, zaś wszystko co napisane powyżej to istny banał. Tyle, że o tych banałach zaczynamy zapominać. Nie łudźmy się, że kryzys będzie łagodny. Czara goryczy przelać się musi, bo głupota i chciwość naszego gatunku sięgnęła zenitu. W jaki sposób poradzą sobie z tym politycy i bankierzy nie wiadomo do końca. Pewne jest jednak, że w dniu dzisiejszym tak wydrukowanie banknotów jak i stworzenie oraz unicestwienie "pieniądza" w formie cyfrowej wymaga dosłownie jednej rzeczy...

... naciśnięcia przycisku Enter.

2 maja 2012

Inflacja według supermarketu kwiecień 2012

Mija kwartał od pierwszego "zmierzenia" naszych wskaźników inflacyjnych. Oficjalne dane w chwili bieżącej podają inflację na poziomie 3,90%. Nie jest to co prawda do końca w zgodzie z naszymi obserwacjami, ale nie ukrywamy, że nasz sposób dokonywania pomiarów inflacji jest zdecydowanie odmienny od metod stosowanych przez instytucje rządowe. W przeciwieństwie do urzędników za biurkiem udajemy się bezpośrednio do realnego sklepu, aby nabyć realne produkty, w realnych cenach, realnie przemierzając aleje z towarami, aby ostatecznie sprawdzić jak bardzo Kowalski odczuwa inflację, która w zamierzeniu ma wynosić 2,5%, oficjalnie wynosi 3,9%, zaś w praktyce ma się następująco:

Sty ‘12
Luty ‘12
Mar ‘12
Kwi ‘12
1. Olej Wielkopolski 1L
6,19
6,39
6,99
7,29
2. Ryż biały Sonko 1kg
2,79
2,79
2,79
2,99
3. Dżem z Łowicza 280g
3,89
3,29
3,59
3,89
4. Kakao DecoMorreno 80g
3,89
4,09
4,09
4,09
5. Cukier Diamant 1kg
3,59
4,49
4,69
4,49
6. Kefir Zott 400g
1,49
1,59
1,69
1,59
7. Wafelek Prince Polo
1,19
1,19
0,99
0,99
8. Masło Łaciate kostka 200g
4,49
4,09
3,69
3,59

Sty ‘12
Lut ‘12
Mar ‘12
Kwi ‘12
1. Olej Wielkopolski 1L
6,19
+ 3,23%
+ 12,92%
+17,77
2. Ryż biały Sonko 1kg
2,79
0%
0%
+7,16%
3. Dżem z Łowicza 280g
3,89
- 15,42%
- 7,71%
0%
4. Kakao DecoMorreno 80g
3,89
+ 5,14%
+ 5,14%
+5,14%
5. Cukier Diamant 1kg
3,59
+ 25,06%
+ 30,64%
+25,06%
6. Kefir Zott 400g
1,49
+ 6,71%
+ 13,42%
+6,71%
7. Wafelek Prince Polo
1,19
0%
- 16,80%
-16,80%
8. Masło Łaciate kostka 200g
4,49
- 8,90%
- 17,81%
-20,04%

P.S. Wafelek Prince Polo wciąż był w promocyjnym opakowaniu. Obserwując ceny kakao oraz cukru nie prognozujemy utrzymania się bieżącej ceny w następnych miesiącach.

P.S. 2. Cena kefiru Zott 400g nie zmieściła się na zdjęciu, ale zaręczamy, że jego cena wynosiła 1,59 zł.


O ignorancji

W poprzednim poście podkreślaliśmy jak robi się z Kowalskiego idiotę a między wierszami wskazywaliśmy na nieprzydatność logiki arystetelowskiej w jego rozważaniach nad postępowaniem polskich polityków. Niestety bieżący post stanowi pewnego rodzaju kontynuację. Ku naszemu zaskoczeniu zjawisko ignorancji polityków nie tylko zaczyna być coraz bardziej obecne, ale co gorsza przybiera na sile. Przykłady z ostatnich dni nie tyle skłaniają do refleksji na temat naiwności Kowalskiego co raczej do postawienia pytania: czy to głupota czy ignorancja?



Mowa o ministrze Gowinie, który proponuje, aby politycy składający fałszywe oświadczenia majątkowe nie byli za to karani. Na wypadek, gdyby Kowalski nie zrozumiał poprzedniego zdania, pozwalamy sobie na zachowującą meritum parafrazę: Minister Gowin proponuje, aby nie karać polityków, którzy dopuszczają się kłamstwa.

Szokujące? No to teraz czas na uzasadnienie ministra dlaczego chce wprowadzić taką zmianę: niewielka liczba dotychczasowych skazań. Do tej pory za składanie fałszywych oświadczeń majątkowych w samym 2010 r. skazane zostały 2 osoby. Tak więc reasumując: zostały popełnione 2 przestępstwa. Liczba skazań jest niewielka, albowiem tylko dwa. Z tego też powodu minister proponuje, aby tego typu przestępstwo nie było traktowane jak przestępstwo.

Czy minister wziął sobie do serca słowa Orwella, który pisał, że ignorancja jest siłą? No bo czyż, nie jest tego typu zachowaniem kpienie z obywateli wspomnianą propozycją? Jest wysoce prawdopodobne, że minister jest inteligentny (w duchu definicji standardowej) i miał świadomość, że jego pomysł jest kontrowersyjny. Musiał więc wiedzieć, że wywoła on mieszane uczucia. Czemu więc dopuszcza się czegoś takiego? Czy uważa, że Kowalski jest tak głupi, że nie zareaguje w żaden sposób na tak jawnie kpiący z niego pomysł?

Kolejny temat do refleksji, tym razem wielopłaszczyznowy, albowiem głosy w tej sprawie mogą być różne. Chodzi o 50% podatek dla najbogatszych*. Czy prawo powinno być uniwersalne czy też względne i układane w zależności od bieżącej sytuacji? Jeśli pójdziemy torem logiki, zgodnie z którą człowiek ma więcej, ponieważ więcej pracował i lepiej wykorzystał swoje zasoby to dlaczego ma być mu zabrane więcej niż tym, którzy - bez przeproszenia - ciągnęli socjale i obijali się pozornie szukając pracy (nie mówimy o osobach obiektywnie mających problemy z pracą) oraz tym, którzy zadowalają się życiem na poziomie dostatecznym. Jeśli ktoś się dorobił to tylko chwała mu za to, ponieważ zarabiając najwyraźniej myślał i pracował ponadprzeciętnie. Połączenie Pracy rąk i głowy jest bowiem fundamentem generowania dochodów i świadczy o podejmowaniu wysiłku.

Co więcej, najbogatsi to z reguły przedsiębiorcy, którzy podejmują ryzyko utraty wszystkiego w walce z głupotą przepisów, nieprzychylnością urzędów, biurokracją, konkurencją. Pracują nierzadko 24/7, a nie 8h od poniedziałku do piątku. Należy dodać, że dążenia najbogatszych przedsiębiorców owocują w nowe miejsca pracy i rozwój gospodarczy. I czy właśnie za to ma być "nagroda" w postaci 50% daniny?

Nie ma sensu narzekać i marudzić na wzór Kowalskiego przy piątkowej wódce i śledziu, choć niezwykle to trudne. Warto jednak dla własnego dobra obserwować, że pomysły i dążenia polskiej polityki zaczynają wychodzić nie tylko poza obszar logiki, ale co gorsza zdroworozsądkowej przyzwoitości.

Dokąd zmierzamy nie wie nikt (choć Geralde Celente twierdzi inaczej), ale z pewnością wskazówki dostarczyć nam może następny wpis: Inflacja według supermarketu kwiecień 2012.

* Oczywiście mowa o uczciwych najbogatszych (nie możemy generalizować, że wszyscy zamożni to przestępcy). Rozważania na temat najbogatszych nieuczciwych pozostawiamy prokuraturze, ministerstwu sprawiedliwości, przedstawicielom socjologii i etyki. 

17 kwietnia 2012

Niespodziewany deficyt

Społeczeństwo można dzielić na wiele sposobów. I tak są uchodzący za dobrych i uchodzący za złych, lewica i prawica, lewacy i fanatycy, uznający premiera za Boga i uznający za zdrajcę, oglądający Must be the music i oglądający Bitwę na głosy, preferujący własne liczby oraz zwolennicy na "chybił trafił", wreszcie Myślący (nie mylić z mimowolnie kojarzącymi) i wierzący w większość bzdur, którą podają media... oczywiście z pełnym jak poniższy uśmiechem.

źródło: link

Czytamy w sieci nagłówek artykułu: Niespodziewanie wysoki deficyt po marcu. Jak to NIESPODZIEWANIE??

Czytając zaś sam artykuł dowiadujemy się, że dziura w budżecie za I kwartał 2012 sięgnęła pułapu 22.900.000.000 zł, co stanowi ponad 65% planowanego deficytu rocznego. Sama Pani minister spodziewała się jedynie 20.000.000.000 zł deficytu. Cóż... zanim padną tradycyjnie pytania do refleksji rzućmy okiem na minę Kowalskiego:

źródło: link

Kowalski oczywiście nic nie rozumie. Zapewne myśli jak można być wiceminister i pomylić się w kalkulacjach o 3 mld złotych. Czy ustawa przewiduje takie błędy? Jak można nazwać niespodziewaną dziurę wielkości 3 mld zł? Umysł Kowalskiego mogą też zaprzątać myśli o sensie systemu, który z góry m.in.:
- zakłada deficyt (jak w ogóle wierzyć w trwałość systemu, który z góry zakłada istnienie permanentnych braków i długów?)
- aprobuje inflację (czyt. drukowanie pieniędzy bez pokrycia)
- uznaje pełną ingerencję rządu w wolny rynek (jak polityk może kreować poprzez swoje ustawodawstwo warunki dla zdrowego rozwoju przedsiębiorstw i innowacji skoro sam nigdy nie był przedsiębiorcą?*)
- uznaje Wymuszanie uiszczania składek emerytalnych, które nigdy nie zostaną wypłacone (no comment)

Pytania o absurd polityki monetarnej i społecznej mogą się mnożyć, ale Kowalski ma dość bo zmęczył się już kilkoma pierwszymi. W prawdzie do momentu kiedy stwierdzi on, że logika arystotelesowska nie znajduje praktycznego zastosowania w rozważaniach nad sytuacją bieżącą i nadchodzi czas na metamyślenie jeszcze daleko, ale pytanie o własną poczytalność czyha tuż za rogiem...

No bo jak tu nie zwariować skoro Malinowski śmieje się w żywe oczy i mówi, że on już z góry wiedział, że w tytułach artykułów będą się pojawiać przymiotniki typu "niespodziewany", "nagły", "nieoczekiwany", "nieprzewidziany".

Niestety błyskotliwy Malinowski nie zna się na polskich serialach, więc zamiast poruszać wątki telewizyjne odsłania przed Kowalskim bardziej złożone struktury lingwistyczne niż wspomniane wcześniej przymiotniki... a są to epitety i to nie byle jakie, albowiem robiące coraz większą w mediach karierę:

wysoki deficyt
wysoka inflacja
wysokie podatki
rosnący dług
niespodziewany deficyt
niespodziewana recesja
nieoczekiwane osłabienie
nieoczekiwane spowolnienie
itd.

Może do etapu metamyślenia Kowalski nigdy nie dojdzie, ale dla własnego dobra, zanim pójdzie oglądać  "M jak miłość" może jeszcze zadać pytanie: "dlaczego?"**

*oczywiście bierzemy poza nawias wąską grupę polityków, którzy rozumieją ciężki chleb przedsiębiorcy. Na nieszczęście są zbyt wąską grupą, aby mogli zmienić coś na korzyść tych, którzy są motorem gospodarki. A i ich liczebność na Wiejskiej nie dziwi, bo przedsiębiorca w końcu chce tworzyć, a nie niszczyć.
** warto zauważyć, że słowo "dlaczego" to w gruncie rzeczy dwa słowa "dla" i "czego". Stosowanie go w postaci "rozbitej" rzuca nowe światło na kontekst każdego pytania, np. dla czego dług publiczny rośnie, dla czego inflacja przyśpiesza, itd.

13 kwietnia 2012

Gloryfikacja głupoty

Istnieje kilka czynników wpływających na rynkową cenę srebra i złota. Część z nich jest wspólna dla obu metali, część różna. Cena metali szlachetnych jednak (zwłaszcza złota) jest w największym stopniu "regulowana" podażą pieniądza. Stanowi w pewien sposób jego funkcję. Im więcej waluty, tym jest ona słabsza, a w konsekwencji złoto i srebro droższe.


źródło: link

Nic nowego do tej pory nie powiedzieliśmy. Ale na uwagę zasługuje pewien fakt, o którym można przeczytać tutaj. Parabanki, które nie podlegają czujnym oczom Komisji Nadzoru Finansowego dostały nie lada wiatru w żagle. Cóż, podwojenie zysków zawsze robi wrażenie. No, ale jak tu się dziwić, skoro realne oprocentowanie takich kredytów wynosi nawet 100%... tak, tak... wystarczy poprosić o symulację spłat rat kredytowych, wziąć kalkulator do ręki i zsumować część odsetkową...

Czas na pytanie: skąd parabanki biorą pieniądze na udzielanie pożyczek Polakom? Skoro tak tłumnie zaciągamy pożyczki gotówkowe to jakim cudem instytucje, które nie zajmują się prowadzeniem rachunków mają dla nas tyyyyyle "pieniędzy"? Wystarczy wziąć dowód osobisty, udać się do najbliższej placówki i już! Zdobycie gotówki nigdy wcześniej nie było tak proste.

Wyobraźmy sobie, że istnieje standard złota (póki co marzenie ściętej głowy, ale co tam), zaś największy problem alchemików do dziś nie został rozwiązany. Żadnego z metali nie można więc podrobić. W banku można deponować jedynie srebro i złoto. Zatem, aby bank mógł pożyczyć dalej metale, to przede wszystkim musi nimi dysponować. A nie dysponuje nimi jeśli klient ich wcześniej w banku nie zdeponował. Logiczne.

Współcześnie ani bank, ani parabank nie musi mieć środków powierzonych wcześniej przez oszczędzającego Malinowskiego, aby pożyczyć je wydającemu Kowalskiemu. Skoro parabanki odnotowują tak imponujące zyski, to znaczy, że wpuszczają do obiegu potężne ilości gotówki i to wysoko oprocentowanej. Co to oznacza? Osłabienie wartości waluty i wzrost cen. A w czasie późniejszym płacz i zgrzytanie zębów Kowalskiego.

W klasycznym systemie standardu złota, aby ktoś mógł pożyczyć, ktoś inny musi wcześniej zaoszczędzić. Nie ma wówczas kreacji pieniądza bez pokrycia. Prawdziwy pieniądz (czyt. złoto i srebro) staje się wówczas pożądany i ceniony, a w konsekwencji rośnie w siłę. Mamy tu na myśli siłę nabywczą. 

Kiedy ilość środków płatniczych, np. banknotów (jakby nie było, papierki rozsądnie stosowane są konieczne, no bo jak tu iść kupić dom czy samochód z workiem monet?) jest stała, a więc ma pokrycie w  istniejącym metalu to, aby je zdobyć trzeba na nie zapracować. Dziś, pożyczki gotówkowe udzielane są nawet osobom, które nie generują dochodów. Ale czy abstrahując od motywu jakim jest żądza zysku banku, jest to racjonalne?

Wychwalając "wspaniałe" wyniki finansowe spółek i firm specjalizujących się w udzielaniu szybkich pożyczek mało kto zwraca uwagę na to, jakie konsekwencje za tym idą i przede wszystkim jakie mechanizmy spoczywają u źródła tego typu działalności.

W jaki sposób mamy obniżyć koszty życia i ceny produktów oraz usług skoro ilość gotówki w obiegu rośnie w tak dużym tempie? Współczesny system przypomina obłęd człowieka upojonego gotówką, która pada z nieba wprost na jego głowę. Ceny towarów i usług nie spadają i spadać nie będą, póki obowiązuje system emisji pustego pieniądza. I choć chwilowo ceny metali szlachetnych idą w dół, to w długoterminowym okresie i tak eksplodują w górę. I pomogą w tym wszystkie instytucje, które udzielają pożyczek byle gdzie, byle komu i byle kiedy.

System kreacji pieniądza narzuca ślepy pęd za groszem, gdyż - prozaiczny chociażby - target przedsiębiorcy czy korporacji zawsze musi otrzeć się o poprawę tzw. wyników finansowych. W sytuacji stałej podaży pieniądza i zdrowym rozwoju gospodarki, do wzrostu standardu życia i wyników firm nie przykłada się probierza jakim jest stan rachunku bankowego. Wbrew pozorom, jeśli siła nabywcza pieniądza rośnie, to brak zmiany na rachunku bankowym już jest zyskiem. W systemie gloryfikującym inflację, brak zmiany stanu na rachunku bankowym jest realną stratą! Nie dziwi więc, że każdy chce coraz więcej, no bo w końcu coraz więcej nam potrzeba, aby po prostu żyć.

2 kwietnia 2012

A tymczasem na Zielonej Wyspie...

Na rp.pl możemy przeczytać o godnym pochwały sprzeciwie Irlandczyków wobec kolejnych danin nakładanych przez rząd. Otóż około połowa Irlandczyków nie zapłaciła nowego podatku od nieruchomości. Obywatele Zielonej Wyspy wyrażają w ten sposób swój sprzeciw wobec działań rządu, próbującego się wywiązać ze zobowiązań związanych z "przyjęciem" pakietu ratunkowego w wysokości 85 mld €.

źródło: link

Pojawia się pytanie: czy rząd wsadzi wspomnianą połowę do "pudła"? Co zrobi z obywatelami, których realnie nie stać na płacenie kolejnych danin? Co zrobią politycy irlandzkiego rządu, który uchodzi za demokratyczny? A w demokracji ponoć rządzi lud... i właśnie teraz jego połowa nie mówi, lecz krzyczy: "nie wyrażamy zgody na kolejny podatek!".

Sytuacja Irlandczyków jest kolejnym potwierdzeniem tego, że kryzys zaczyna zataczać coraz szerszy krąg i w pełni słusznie nosi miano globalnego. Ale to co trąci największym absurdem to myślenie polityków, którzy raz, że są odpowiedzialni za kryzys, a dwa, że przerzucają jego konsekwencje na obywateli. Oczywiście istnieją głosy, wedle których to bankierzy i finansjera spowodowali kryzys. Nie wolno jednak zapomnieć, że ciałem ustawodawczym są politycy i to oni zatwierdzają przepisy prawne, na mocy których bank centralny drukuje "pieniądze" i pożycza je bankom komercyjnym, a te puszczają "makulaturę" w obieg.

Dostępność kredytów na Zielonej Wyspie zaowocowała w Dublinie boom'em na rynku nieruchomości, który swoim rozmachem zdecydowanie wyprzedził Warszawę. Potwierdzić to mogą rzesze Polaków, którzy licznie i z różnych powodów udali się do Irlandii po naszym wejściu do UE. Boom ten był tak wielki jak gorzkie są teraz jego konsekwencje. Oczywiście w czasie hossy dubliński Temple Bar tętnił życiem jak nigdy wcześniej, pracujących permanentnie na 2 zmiany Chińczyków było więcej niż Polaków (a było nas naprawdę dużo), etatów nie brakowało w żadnej branży, zaś w TV mówiono, że w ojczyźnie Joyce'a dokonał się cud gospodarczy. Nic tylko wstępować do Unii i przyjmować €. Ale historia potoczyła się nieco inaczej...

Pisaliśmy już o tym wcześniej, w większości przypadków zadłużony kraj wychodzi na prostą nie poprzez podnoszenie podatków, ale przede wszystkim poprzez cięcie wydatków, z akcentem na rządowe. I nie trzeba mieć profesury z ekonomii, lecz odrobinę zdrowego rozsądku, żeby zrozumieć, że dług powiększa się wtedy kiedy więcej się wydaje niż generuje. Zapewne większość polityków nigdy nie miała przyjemności grać w Cashflow, więc obce musi być im pojęcie złego długu. A długów nie spłaca się przez zaciąganie kolejnych, lecz przez cięcie kosztów i generowanie zysków. A zysk to przede wszystkim produkcja towarów, ich późniejsza dystrybucja oraz świadczenie usług związanych z tymi towarami (przy zachowaniu ludzkiej polityki fiskalnej). W innym przypadku nie ma mowy o rozwoju gospodarczym*. Koniec. Kropka.

Kiedy tego nie ma to dług się powiększa. No, ale czy może on rosnąć w nieskończoność?

Teoretycznie tak. W praktyce jednak prowadzi to do hiperinflacji. A kiedy już tak się dzieje to poza ropą, tytoniem i kawą, tylko złoto i srebro może być lepszą walutą.

A na zakończenie wpisu drogi czytelniku, twój indywidualny dług: 22.166 zł i wciąż rośnie...

* Wnikliwym proponujemy zbadać genezę słowa "gospodarka".