29 maja 2012

Złożoność pojęcia inflacji

W sieci czytamy, że: inflacja w Polsce ma przyczyny zewnętrzne. Należą do nich głównie wysokie ceny paliw oraz deprecjacja kursu złotego.

W zasadzie to nie wiadomo co odpowiedzieć na słowa Pana Raczko, członka zarządu NBP, bo z jednej strony ręce opadają słysząc/czytając takie rzeczy,  z drugiej zaś wypada wskazać na błędy...

Zacznijmy od pojęcia inflacji. Posiłkować będziemy się przy tym słowami autorytetu w tym zakresie: Henry Hazlitt'a. Wydaje się bowiem, że jego myśl najlepiej uchwyciła meritum zjawiska. I tak, jego zdaniem*:

Inflacja to coś, z czym obiecują [politycy] nam "walczyć", rzecz jasna pod warunkiem, że Kongres, czy sam naród, dostarczą odpowiedniej "broni" albo "silnego prawa", które w tej walce pomogą.

Tymczasem prawda jest taka, że inflacja została powołana do życia przez naszych przywódców, przez ich własną politykę monetarną i fiskalną. Obiecują nam zatem, że prawą ręką będą zwalczać to, co podają nam lewą ręką.

To co nazywają inflacją, jest zawsze i wszędzie, wywołane głównie poprzez wzrost podaży pieniądza i kredytu. Prawdę mówiąc, inflacja jest właśnie wzrostem podaży pieniądza i wielkości kredytu.

Słowo inflacja odnosiło się początkowo wyłącznie do ilości pieniądza (...) Używanie terminu "inflacja" w znaczeniu: "wzrost cen" odwraca uwagę od prawdziwej przyczyny inflacji oraz od lekarstwa, które mogłoby ją uleczyć.

(...) słowo inflacja jest dziś powszechnie stosowane w znaczeniu "wzrost cen". I z tego powodu bezowocnym i czasochłonnym wydaje się unikanie tego znaczenia lub poprawianie go na każdym kroku.

Z chwilą wzrostu podaży pieniądza ludzie posiadają więcej pieniędzy, za które mogą nabywać dobra. Jeśli w tym samym czasie ilość dóbr nie wzrośnie - albo nie wzrośnie w stopniu równym wzrostowi podaży pieniądza - ceny dóbr wzrosną. Każdy jeden dolar stanie się mniej wart, gdyż teraz jest tych dolarów więcej.

W tej sytuacji Kowalski może zrobić jedną z 4 rzeczy:

1. Totalnie zignorować to co mówią członkowie zarządu NBP i odwiedzić www.plotek.pl celem uzyskania zdecydowanie ciekawszych informacji (zapewne większość Kowalskich nawet nie zainteresowała się informacjami o bieżącej inflacji).
2. Uwierzyć w słowa członka zarządu NBP i odwiedzić www.plotek.pl 
3. Samemu zastanowić się nad przyczynami inflacji. To akurat wymaga zapoznania się - przynajmniej do jakiegoś stopnia - z podstawami ekonomii, dokonania analizy informacji i określenia własnego stanowiska.
4. Mając świadomość tego, że inflacja bierze się z "produkcji" pieniądza, oddać się refleksji na temat tego, dlaczego członek zarządu tak poważnej instytucji jak Narodowy Bank Polski staje w jawnej opozycji wobec stanowiska opartego na zdrowym rozsądku?

W przypadku oddania się refleksji można przyjąć dwa założenia: cytowany członek zarządu NBP rzeczywiście nie rozumie pojęcia inflacji i o jawnej kpinie mówić nie możemy lub z niewiadomych szaremu Kowalskiemu powodów twierdzi, że jej źródłem jest deprecjacja złotego oraz wysokie ceny paliw wiedząc, że wcale tak nie jest.

Przyznajemy otwarcie, że w naszej opinii inflacja to przede wszystkim wzrost ilości pieniądza, który w konsekwencji prowadzi do wzrostu cen. Zgadzamy się z Panem Hazlitt'em, gdyż jego podejście jest nie tylko zrozumiałe, ale przede wszystkim oparte na tzw. zdroworozsądkowym myśleniu. Warto dodać, że pojęcie inflacji jest względnie młode i zawitało na salonach rozważań ekonomicznych dość niedawno**. Zjawisko to wiąże się ze zwiększaniem ilości pieniądza, które trafiają w ręce konsumentów. To co twierdzi Pan Raczko jest dla nas co najmniej lekko zawiłe:

W długim okresie nie liczy się nominalny kurs walutowy, ale realny kurs walutowy. Nie można uważać płynnego kursu walutowego za panaceum, które rozwiąże wszystkie problemy naszej gospodarki (...) Trzeba się zastanowić, czy odporność polskiej gospodarki na zjawiska kryzysowe będzie możliwa do utrzymania w długim terminie, czy też została już skonsumowana w pierwszym kryzysie. (...) Musimy umocnić długoterminową politykę budżetową.

Rzecz jasna monopolu na rację nie posiada nikt, a przez to tak Hazlitt jak i każdy jego zwolennik może się mylić, ALE aby ludzie mogli się nawzajem porozumieć*** muszą wziąć sobie do serca słowa Alberta Einsteina:

źródło: link

W zgodzie z myślą geniusza fizyki i celem bycia zrozumianym przez naszych czytelników upraszczamy nasze stanowisko:

inflacja = wzrost podaży pieniądza
więcej pieniędzy = wzrost cen

A dla miłośników PRAWDZIWYCH wskaźników inflacji już wkrótce kolejny wpis z serii "Inflacja według supermarketu".

* Hazlitt, H., (2007). Inflacja. Wróg publiczny nr 1. Warszawa: Fijorr Publishing.

** Inflacja oczywiście pojawiała się już nawet tysiące lat temu, ale jako termin i pojęcie odnoszące się do zjawiska natury ekonomicznej zdobyło szerokie zainteresowanie kilkadziesiąt lat temu.

*** Dla miłośników lingwistyki polecamy oddać się refleksji na temat genezy i budowy słów "porozumienie" i "zrozumienie".

23 maja 2012

Ile warte są długi innych państw?

Kontynuując wątek z poprzedniego wpisu podajemy krótką (tym razem dobrze zweryfikowaną) statystykę na temat zadłużenia poszczególnych krajów w przeliczeniu na złoto.

W chwili pisania:

1. Au: 1558,9 $
2. € $: 1,267
3. $ PLN: 3,434

źródło: link



Dług w dolarach
Dług w uncjach złota
Posiadana ilość uncji złota
% zasobów Au wobec długu w Au
Polska
237,371,869,539
152,268,823
3,311,900
2,17 %
Grecja
444,182,959,500
284,933,581
3,591,639
1,26 %
Niemcy
2,525,493,362,000
1,620,048,343
109,205,787
6,74 %
Hiszpania
899,618,146,000
577,085,217
9,054,662
1,56%
Francja
2,211,032,831,000
1,418,328,841
78,308,681
5,52%
Portugalia
194,230,466,500
124,594,564
12,299,035
9,87%
Włochy
2,454,419,730,000
1,574,456,174
78,836,012
5,00%

Różnie to wygląda. Z danych wynika, że mieć dług i mieć dług w złocie to dwie różne rzeczy, czego przykładem może być choćby mała Portugalia. Pod względem zadłużenia w złocie istnieją kraje, które o niebo lepiej się prezentują niż przedstawione powyżej*. Co jednak z tego wyniknie nie wiadomo. Pewne jest, że w czasach epidemii głupoty politycznej lepiej mieć złoto niż nie.

* Żądnych dalszych informacji odsyłamy na www.gold.org (statystyki o zasobach złota poszczególnych państw) oraz na www.nationaldebtclocks.com (bieżące zadłużenie różnych krajów)

22 maja 2012

Ile wart jest nasz dług?

Państwa bankrutują kiedy są zadłużone i nie mają czym pokryć swoich zobowiązań. Proste. Póki wszystko "jakoś" się kręci, a perspektywę nieuniknionego kryzysu zbywa się słowami o wyjściu na prostą dzięki wspaniałym nowym regulacjom, pakietom pomocowym, cięciom budżetowym, itd., nikt nie dopuszcza myśli o tym, czego doświadczymy przez błędy polityków i bankierów. Ktoś w końcu "padnie", ale oczywiście zamiatamy ten fakt pod dywan jak tylko się da. Tyle, że cały brud pod dywanem tak go już wypiętrzył, że nie tylko wygląda on jakby skrywał trupa, ale co gorsza idąc po tym dywanie można się jeszcze potknąć.

Chcąc spłacić dług można chwycić się różnych rzeczy:
1. Podwyższyć podatki i przeznaczyć je na spłatę zadłużenia (dość iluzoryczne w dłuższej perspektywie, gdyż jak wiadomo politycy i urzędnicy nie mają zielonego pojęcia o mądrym gospodarowaniu kapitałem + kilka innych).
2. Zwiększyć produktywność, która pozwoli na generowanie większych dochodów. W dwóch słowach, trzeba więcej i lepiej pracować. Cóż... nikt nie mówił, że będzie lekko. 
3. Zmniejszyć konsumpcję. KLUCZOWA SPRAWA. Dług powstaje wówczas, gdy więcej się wydaje niż zarabia. Niby proste, ale dla większości niezwykle trudne do zaakceptowania.

Dziś każdy każdemu jest winny pieniądze, a długi USA, Grecji i Polski to nawet pikuś przy tym co winna jest Japonia (200% PKB). Wszyscy toną w długach i nie wygląda na to, aby w sytuacji krachu znalazł się pożyczkodawca ostatniej instancji. Nie będzie komu uratować banków i państw, bo nie będzie po prostu za co.

Ale jest jeszcze jeden sposób. Ulubiona metoda polityków. Drukowanie*. Kiedy dług jest na tyle duży, że bieżące przychody nie są w stanie go pokryć puszczamy drukareczki w ruch, emitujemy taką ilość pieniążków jaka nam się tylko podoba i po sprawie. Wystarczy wcisnąć Enter.

Konsekwencją jest hiperinflacja. A konsekwencją hiperinflacji szalejące ceny metali szlachetnych oraz innych towarów. Papierowe pieniążki zaczynają parzyć ręce i nikt już ich nie chce mieć. Pojawia się wówczas moment kiedy dług można spłacić za pomocą złota. Można. I na tym z reguły koniec, bo mało kto byłby gotowy zrobić coś takiego.

Czas na obrazki. Poniżej wykres zestawiający ze sobą wzrost zadłużenia w USA i wzrost ceny złota. Korelacja jest prawie idealnie pozytywna. Większy dług = wyższa cena metalu. Proste. Czy długi Państw maleją? Nie. Co to oznacza? Dalszy wzrost cen złota i srebra. Tradycyjnie odsyłamy tutaj, aby prześledzić bieżące zadłużenie Polski.

Ci, którzy twierdzą, że zadłużenie da się opanować, a złoto nie przebije ostatniego rekordu muszą być dość naiwni. Ci, którzy ustanawiają prawo myślą brzuchem, nie głową. Z tego też tytułu "konsumpcja narodowa" nie ma prawa zmniejszyć się na tyle, aby generowane przychody pozwoliły spłacić zadłużenie.

źródło: link

Absolutnie alternatywną metodą i najprawdopodobniej taką, z której - jak już wspomnieliśmy - nikt nie skorzysta jest spłacenie długu złotem. Jeśli złoto będzie szło w górę, zaś nasze zadłużenie nie wzrośnie znacznie będzie istniała możliwość pokrycia długu metalem. Jak widać na poniższym wykresie, wraz ze wzrostem ceny złota, zadłużenie USA liczone w tym metalu malało przez wiele ostatnich lat.

źródło: link

Pytanie brzmi: kogo stać i kto w ogóle by się zdecydował na pokrycie zadłużenia złotem. Myśląc o swoim podwórku przedstawmy proste wyliczenie:

1. Dług publiczny Polski w chwili pisania: 815.018.000.000 PLN

2. Polskie rezerwy złota: 103 tony, a więc ok. 3.311.900 uncji.

3. Wartość uncji w chwili pisania w PLN: 5378 zł.

3.311.900 * 5378 = 17.811.398.200 PLN.

Nasze dzisiejsze rezerwy złota są w stanie pokryć 2,18 % zadłużenia.

I niech ta liczba mówi sama za siebie.

* Dla miłośników zabaw lingwistycznych: warto zwrócić uwagę na dosłowne i potoczne znaczenie słowa drukować. Ku naszemu zdziwieniu można dopatrzeć się wspólnych punktów dla ustawiania meczów piłkarskich i ustawiania wartości waluty.


Korekta: jeden z naszych czytelników dostrzegł błąd. Otóż słusznie, albowiem uciekło nam parę zer. Poprawka w liczeniu została naniesiona.

18 maja 2012

Kto naprawdę rządzi w Polsce?

Być może niejeden stwierdziłby, że Żydzi lub masoneria. Zdaniem innych za sznurki pociągają Amerykanie bądź Rosjanie. Są też zapewne opinie o dominującym oddziaływaniu administracji unijnej lub - jakże prozaicznym chciałoby się rzec - wielbieniu złotego cielca. Cóż, kiedy nie dysponuje się faktami, najwięcej zależy od typu wyznawanej teorii konspiracyjnej i/lub indywidualnych uprzedzeń. My jednak posiłkujemy się faktami w postaci wyników badań, które przeprowadził profesor Rybiński.

Czapka z głowy przed Panem profesorem za raport, o którym mowa w nagraniu. Warto wysłuchać do końca i raz jeszcze przemyśleć swoją strategię na to co przyjdzie w 2013 roku, a może nawet ciut wcześniej, a więc lada chwila...


Czemu nie słyszymy o tym wszystkim w telewizji i mediach? Powodów jak zwykle wiele, ale sprowadzić je można do starego przysłowia: Prawda w oczy kole. Lecz prawdę tą należy zaakceptować. Rządzący kłamać muszą, ponieważ nie mogą mówić o negatywach. W końcu to polityczny strzał w kolano. Więc się słodzi i łagodzi. A Kowalski powtarza co usłyszy w swoim plazmowym telewizorze, co dopiero zakupionym na raty. I zapewne uważa też, że jakoś wybrniemy z opresji ekonomicznej, skoro mówi się o tym w "rządowych mediach". Brakuje jeszcze tylko, żeby zapakował całe swoje oszczędności w akcje i lokaty, a następnie odwiedził blog córki premiera, żeby wiedzieć co dziś jest trendy.

16 maja 2012

Co z tym złotem?

Ostatnie tygodnie to dość wyraźny spadek ceny (NIE wartości) złota i srebra. Ostatnie tygodnie, zwłaszcza dwa ostatnie to już jak to się mówi ostry zjazd. Co to wszystko znaczy?

źródło: link

Otóż całe bieżące zamieszanie wynika w głównej mierze z sytuacji wokół Grecji. A skoro ta ma problem to i nie do śmiechu reszcie Starego Kontynentu. Para walutowa €$ podobnie jak indeksy giełdowe oraz złoto, a wraz z nim srebro, skierowały się na "południowy wschód". Dlaczego?

W sytuacji takiej jak bieżąca inwestorzy zmniejszają swoją tendencję do ryzyka. Sprzedają więc aktywa, do których należą akcje, ale i metale szlachetne. Rynek niedźwiedzi bierze górę i stąd spadki. No tak, ale dlaczego  złoto, które uchodzi za bezpieczne aktywa spada w czasie niechęci wobec ryzyka? Otóż złoto nie należy do aktywów posiadających wysoką płynność. Dolar amerykański i obligacje amerykańskie to nie tylko aktywa, które posiadają największą płynność, ale co więcej (i co gorsza) uchodzą za bezpieczne w czasie zawirowań. Nie dziwi więc, że dolar potężnie się umocnił w ostatnich dniach, a złoto, jako negatywnie z nim skorelowane, mocno potaniało.

Pytanie brzmi: jak się zachowają złoto i dolar, kiedy na jaw wyjdą problemy tego drugiego? Teraz pierwsze skrzypce gra strefa Euro i to ona może "pęknąć" jako pierwsza, czego problem poruszał już Peter Schiff. Ale kto by tam słuchał Schiffa...

Tymczasem minister Rostkowski nie stroni od rozgłosu i grzmi apelując do Greków, aby się opamiętali. Wie bowiem, że rosnące problemy Grecji to problemy Polski. Jeśli Grecja opuści strefę Euro to złotówka niestety zostanie zdeprecjonowana. A to jak wiadomo przełoży się na dług publiczny, gdyż jak wiadomo kurs EURPLN odgrywa nie lada rolę w wyliczaniu naszego zadłużenia.

I jak tu nie stwierdzić, że polityka to psychologiczne szachy? Czyż nie brzmi "pięknie" odpowiedź na pytanie o przyczynę złej sytuacji w Polsce: To przez Grecję rzecz jasna! ? Krótko, zwięźle i na temat.

Szczęście w nieszczęściu polega na tym, że na konsekwencjach błędów, chciwości i głupoty polityków oraz finansjery, część ludzi może skorzystać. Kiedy pękną i Euro i Dolar, metale wrócą do łask jak za dawnych (nawet bardzo dawnych) lat.

14 maja 2012

Krótko o sytuacji bieżącej

Historia pokazuje, że historycznym punktom zwrotnym, czy to o wymowie społecznej, politycznej czy gospodarczej, towarzyszą z reguły burzliwe wydarzenia na giełdzie i rynku surowców. Siłą rzeczy nie sposób nie zwrócić uwagi na kwaśne nastroje społeczne. Niestety ku pocieszeniu oczekiwań zwolenników katastrofalnej wymowy przepowiedni roku 2012 dzieje się coraz gorzej, tak u nas jak i poza granicami naszego kraju. Prawdziwej i jedynej przyczyny dopatrzyć się trudno. Wpływy mogą być bowiem liczne. A to plamy na Słońcu, a to negatywne ustawienia Plutona wobec innych planet, a to reforma emerytalna, a to talibowie, a to mniejszość niemiecka, a to spekulanci, itd... Jakby nie było, ludzie są wkurzeni i mają ku temu powody.


Dziś zwracamy uwagę na 2 rzeczy:

1. Kiedy lud jest głodny to się wkurza. A jak się wkurza to broń Boże, o czym mógł się przekonać w ostatnich dniach poseł Suski, reprezentant ugrupowania politycznego, które:
a) podnosi podatki
b) podnosi wiek emerytalny
c) podnosi VAT
d) robi to wszystko i wiele innych "w imię dobra" społeczeństwa, aczkolwiek wbrew jego woli

2. Cóż, wygrać z rozjuszonym ludem udało się mało komu. Rewolucje i przewroty pokazują, że kiedy lud jest głodny i biedny, ustawy oraz demagogia tracą rację bytu. A bieżące nastroje społeczne nasilać się będą, bo:

a) rośnie dług publiczny (http://www.dlugpubliczny.org.pl)
b) rośnie cena paliwa (http://moto.money.pl/ceny-paliw/)
c) rośnie bezrobocie (link)
d) rośnie inflacja
e) rosną ceny leków (tu o jednej z konsekwencji)

Jeśli bieżący trend się utrzyma to czeka nas co najmniej przewrót. A w czasach przewrotu silniejsze w wymowie od słów polityków są kawa, tytoń, benzyna oraz złoto i srebro. Jak będzie czas pokaże. Będziemy to śledzić, ale i nawiązywać do wydarzeń z historii, która jak wszystkim wiadomo bardzo lubi się powtarzać.

11 maja 2012

Zapomniany banał o spekulacji

Dziś refleksji na temat banałów ciąg dalszy. Zaczynamy od drobnej obserwacji. Otóż żyjąc w systemie, w którym baza monetarna permanentnie (a w niektórych okresach nawet błyskawicznie*) rośnie, stoimy pod ścianą i nie mając wyboru musimy uczestniczyć w jednym wielkim wyścigu szczurów. Im więcej "pieniędzy" w obiegu, tym wszystko droższe, a więc i my musimy mieć więcej. Kto nie goni ten pada, bo pieniądze posiadać trzeba, a nawet posiadać ich trzeba coraz więcej. W przeciwnym razie głód, bieda, zgrzytanie zębów, a nawet wizyta komornika lub windykatora.

Nie dziwi więc, że wolny rynek zaczął przypominać dżunglę, w której każdy chce oferować jak najwięcej produktów i usług, z tej banalnej przyczyny, aby po prostu generować kolejne zyski. Pieniądz, który stoi w miejscu traci na wartości. Można więc albo zarabiać albo tracić. Inna opcja nie istnieje. Kto nie wierzy niech wrzuci pieniądze na lokatę i nic nie robi, a po roku porówna zyski z inflacją.

Idąc tym tropem nie da się nie zauważyć, że dochodzi do sytuacji, w których np. firma pierwotnie świadcząca usługi telekomunikacyjne zaczyna oferować ubezpieczenia na życie, instytucje zajmujące się poniekąd monitoringiem długów sprzedają informację na temat dłużników**, a w poczciwych placówkach pocztowych można zrobić dokładnie to samo co w banku*** i do tego kupić "Życie na gorąco", a gdzie nie gdzie nawet proszek do prania.

źródło: link

Niestety system, który aprobuje inflację, luźną politykę kredytową oraz "prężne" budowanie aparatu administracyjnego, zgodnie z historią, prowadzi ostatecznie do tego, że pewnym momencie dochodzi do anomalii jakimi są krótkotrwałe, lecz intensywne hossy, a zaraz po nich bolesne pękanie baniek. Konsekwencje tego są daleko idące, ale jedną z rzeczy, które zasługują na szczególną uwagę jest fakt, że KTOŚ ZAWSZE NA TYM TRACI. Banał, nieprawdaż? Ale bardzo zapomniany...

Reklamy platform dla traderów giełdowych krzyczą: "Zarobiłem 300€ w 2 godziny". Doradcy inwestycyjni z pełnym przekonaniem polecają nabywanie jednostek uczestnictwa określonego funduszu inwestycyjnego, gdyż do tej pory zarobek był taaaaaaaki. W dwóch słowach: można zarobić.

Oczywiście, że można zarobić... MOŻNA, ale ile można stracić? Te pytanie już rzadko pada z ust inwestorów. I wcale nie dziwi, gdyż gdy do głosu dochodzi emocja (np. chciwość) rzadko kto robi plan B. Bo i po co? Przecież doradca finansowy mówi, że zarobek będzie mur beton. Mówi.

Reasumując: współczesny rynek to jedna wielka spekulacja. Jeśli ktoś zarabia to ktoś musi stracić. Gdyby miało być inaczej wykresy zmierzałyby nieustannie "na północny wschód". Tymczasem są to sinusoidy. Chciał nie chciał nie zawsze trzeba grać na giełdzie, aby być wciągniętym w jeden wielki system spekulacji. Warto dodać, że owoców spekulacji i błędów systemu posmakowały (i wciąż smakować będą) osoby, które nabyły nieruchomości w szczycie hossy. A co gorsza na kredyt. Ale co tam, przecież doradcy inwestycyjni dawali taaaaaki super kredyt, a mieszkania miały taaaaak rosnąć w górę****.

Przykładów jest więcej. Choćby najbardziej prozaiczny i dotyczący naszej ukochanej inflacji: kto zyskuje? Dłużnik i posiadacz srebra i/lub złota. Kto traci? Posiadacze gotówki lub cyferek na koncie (por. poprzedni wpis). Aha! I posiadacze lokat też.

Kolejny przykład? Proszę bardzo: fundusze inwestycyjne, które jeszcze kilka lat temu biły rekordy popularności. Były nawet takie, które dawały ponad 300% zwrotu w skali roku! Opłacało się więc brać kredyt i inwestować (i wielu tak robiło). Kto zyskał? Ten kto wiedział, a więc kupił tanio, sprzedał drogo. Kto stracił? Ten kto skusił się wynikami funduszu i uwierzył, że hossa będzie trwać jeszcze długo, ale był ostatnim kupującym przed spadkiem wartości jednostek uczestnictwa.

KAŻDY KIJ MA DWA KOŃCE. GRUNT TO NIE BYĆ OSTATNIM KUPUJĄCYM PRZED SPADKIEM CEN.

Brzmi wręcz trywialnie, ale czy to rzeczywiście takie proste? Cóż... o pułapkach, które najlepiej opisuje psychologia tłumu pisaliśmy i z pewnością jeszcze pisać będziemy. Warto jednak spojrzeć na sytuację z jeszcze jednej strony: otóż w sytuacji krachu i paniki rzesze inwestorów masowo wyprzedają aktywa, jest to absolutnie nieracjonalne. Tłumem kieruje bowiem emocja. Z punktu widzenia jednostki, zachowanie takie nosi jednak jak najbardziej znamiona racjonalnego myślenia. Kiedy wszyscy sprzedają to robi się chaos i większość traci, kiedy jednak spojrzymy na sytuację z punktu widzenia pojedynczego inwestora jest to jak najbardziej zrozumiałe. Chce on bowiem zminimalizować straty. Przypomina to sytuację kiedy kibic na meczu wstaje, aby lepiej widzieć boisko. Całkowicie zrozumiała rzecz. Osoba siedząca za nim, chcąc mieć równie dobry widok, musi także wstać. Dochodzi w końcu do absurdalnej sytuacji kiedy wszyscy muszą wstać, żeby obejrzeć ten sam mecz, choć gdyby wszyscy usiedli sytuacja wróciłaby do normy. To samo się dzieje, kiedy wszyscy muszą się z danego meczu awaryjnie ewakuować. Pojedynczy kibic chce uciec zagrożeniu jak najszybciej. Proste. Racjonalne jak najbardziej. Ale kiedy do wyjścia rzuca się tłum tracą na tym wszyscy.

Tak więc punkt widzenia i punkt siedzenia. Jedno to wiedzieć, a drugie robić.

Banał banałem, ale w czasie zawirowań polityczno ekonomicznych warto go mieć na uwadze i zastanowić się po której stronie barykady się znajdujemy.

* Np. słynne już QE, QE2, których powtórek można się w nieodległej przyszłości spodziewać
** Kolejny absurd państwa polskiego. Gdyby nie było sprzedawania na termin i na "zły" kredyt nie byłoby tyle długów. Mniej nerwów, mniej stresu. Kreatywność jednak imponuje, gdyż pokazuje, że na długu też można zarobić.
*** Poczta Polska to nie tylko instytucja zajmująca się dostarczaniem przesyłek pocztowych. Zakres jej działalności obejmuje także zarządzanie funduszem emerytalnym (1/3 udziałów), usługi bankowe, ubezpieczeniowe, informatyczne, a nawet usługi leasingowe, działalność wydawniczą, marketingową i szkoleniową,
**** Gdyby trend wzrostowy miał się utrzymywać od 2007 roku to dziś normą byłaby cena metra kwadratowego mieszkania w stolicy za 15.000 - 20.000 zł, a może nawet więcej. Oczywiście mowa o mieszkaniu w średnim standardzie.

9 maja 2012

Metal vs papier vs zapis cyfrowy

Dziś krótka refleksja nad wyższością metalu nad papierem, a już na pewno nad zapisem cyfrowym. Skłaniają nas do tego wydarzenia ostatnich dni. Otóż klientom mBanku oraz Multibanku serce stanęło w gardle, gdyż ku ich ogromnemu zaskoczeniu należące do nich konta bankowe po prostu się wyzerowały.

Zapewne sprawa zostanie wyjaśniona, nieodzyskane jeszcze "pieniądze" zwrócone, itd.

źródło: link

Czas na wnioski:

1. Metal nie paruje, nie rozkłada się oraz nie utlenia się do całkowitego zniknięcia. Jego waga oraz struktura chemiczna nie zmieniają się na przestrzeni setek czy nawet tysięcy lat. Z tego też powodu nie mogą zniknąć "ze stanu" tak jak zapis cyfrowy.

2. Papier jest w dwóch słowach podatny na uszkodzenia mechaniczne oraz inflację (czyt. coś co politycy myślą, że kontrolują). Można go podpalić, przedrzeć, wytrzeć. Jednym słowem zniszczyć. Można go też drukować w nieskończoność i twierdzić, że posiada wartość, podczas gdy poza kalorycznością (można w końcu "pieniędzmi" palić w piecu, tu zdjęcie) oraz wartością kolekcjonerską pewnych egzemplarzy nie posiada on obiektywnej wartości.

3. Zapis cyfrowy ma charakter wirtualny i choć znajduje szerokie zastosowanie w dobie niezwykle szybko postępującego rozwoju technologicznego, umożliwia "znikanie" środkom płatniczym, które określa się jako pieniądze. Pole do popisu w zakresie manipulacji cyframi na koncie jest to doprawdy szerokie.

Rzecz jasna zapis cyfrowy oraz papier mają swoje zalety, zaś wszystko co napisane powyżej to istny banał. Tyle, że o tych banałach zaczynamy zapominać. Nie łudźmy się, że kryzys będzie łagodny. Czara goryczy przelać się musi, bo głupota i chciwość naszego gatunku sięgnęła zenitu. W jaki sposób poradzą sobie z tym politycy i bankierzy nie wiadomo do końca. Pewne jest jednak, że w dniu dzisiejszym tak wydrukowanie banknotów jak i stworzenie oraz unicestwienie "pieniądza" w formie cyfrowej wymaga dosłownie jednej rzeczy...

... naciśnięcia przycisku Enter.

2 maja 2012

Inflacja według supermarketu kwiecień 2012

Mija kwartał od pierwszego "zmierzenia" naszych wskaźników inflacyjnych. Oficjalne dane w chwili bieżącej podają inflację na poziomie 3,90%. Nie jest to co prawda do końca w zgodzie z naszymi obserwacjami, ale nie ukrywamy, że nasz sposób dokonywania pomiarów inflacji jest zdecydowanie odmienny od metod stosowanych przez instytucje rządowe. W przeciwieństwie do urzędników za biurkiem udajemy się bezpośrednio do realnego sklepu, aby nabyć realne produkty, w realnych cenach, realnie przemierzając aleje z towarami, aby ostatecznie sprawdzić jak bardzo Kowalski odczuwa inflację, która w zamierzeniu ma wynosić 2,5%, oficjalnie wynosi 3,9%, zaś w praktyce ma się następująco:

Sty ‘12
Luty ‘12
Mar ‘12
Kwi ‘12
1. Olej Wielkopolski 1L
6,19
6,39
6,99
7,29
2. Ryż biały Sonko 1kg
2,79
2,79
2,79
2,99
3. Dżem z Łowicza 280g
3,89
3,29
3,59
3,89
4. Kakao DecoMorreno 80g
3,89
4,09
4,09
4,09
5. Cukier Diamant 1kg
3,59
4,49
4,69
4,49
6. Kefir Zott 400g
1,49
1,59
1,69
1,59
7. Wafelek Prince Polo
1,19
1,19
0,99
0,99
8. Masło Łaciate kostka 200g
4,49
4,09
3,69
3,59

Sty ‘12
Lut ‘12
Mar ‘12
Kwi ‘12
1. Olej Wielkopolski 1L
6,19
+ 3,23%
+ 12,92%
+17,77
2. Ryż biały Sonko 1kg
2,79
0%
0%
+7,16%
3. Dżem z Łowicza 280g
3,89
- 15,42%
- 7,71%
0%
4. Kakao DecoMorreno 80g
3,89
+ 5,14%
+ 5,14%
+5,14%
5. Cukier Diamant 1kg
3,59
+ 25,06%
+ 30,64%
+25,06%
6. Kefir Zott 400g
1,49
+ 6,71%
+ 13,42%
+6,71%
7. Wafelek Prince Polo
1,19
0%
- 16,80%
-16,80%
8. Masło Łaciate kostka 200g
4,49
- 8,90%
- 17,81%
-20,04%

P.S. Wafelek Prince Polo wciąż był w promocyjnym opakowaniu. Obserwując ceny kakao oraz cukru nie prognozujemy utrzymania się bieżącej ceny w następnych miesiącach.

P.S. 2. Cena kefiru Zott 400g nie zmieściła się na zdjęciu, ale zaręczamy, że jego cena wynosiła 1,59 zł.


O ignorancji

W poprzednim poście podkreślaliśmy jak robi się z Kowalskiego idiotę a między wierszami wskazywaliśmy na nieprzydatność logiki arystetelowskiej w jego rozważaniach nad postępowaniem polskich polityków. Niestety bieżący post stanowi pewnego rodzaju kontynuację. Ku naszemu zaskoczeniu zjawisko ignorancji polityków nie tylko zaczyna być coraz bardziej obecne, ale co gorsza przybiera na sile. Przykłady z ostatnich dni nie tyle skłaniają do refleksji na temat naiwności Kowalskiego co raczej do postawienia pytania: czy to głupota czy ignorancja?



Mowa o ministrze Gowinie, który proponuje, aby politycy składający fałszywe oświadczenia majątkowe nie byli za to karani. Na wypadek, gdyby Kowalski nie zrozumiał poprzedniego zdania, pozwalamy sobie na zachowującą meritum parafrazę: Minister Gowin proponuje, aby nie karać polityków, którzy dopuszczają się kłamstwa.

Szokujące? No to teraz czas na uzasadnienie ministra dlaczego chce wprowadzić taką zmianę: niewielka liczba dotychczasowych skazań. Do tej pory za składanie fałszywych oświadczeń majątkowych w samym 2010 r. skazane zostały 2 osoby. Tak więc reasumując: zostały popełnione 2 przestępstwa. Liczba skazań jest niewielka, albowiem tylko dwa. Z tego też powodu minister proponuje, aby tego typu przestępstwo nie było traktowane jak przestępstwo.

Czy minister wziął sobie do serca słowa Orwella, który pisał, że ignorancja jest siłą? No bo czyż, nie jest tego typu zachowaniem kpienie z obywateli wspomnianą propozycją? Jest wysoce prawdopodobne, że minister jest inteligentny (w duchu definicji standardowej) i miał świadomość, że jego pomysł jest kontrowersyjny. Musiał więc wiedzieć, że wywoła on mieszane uczucia. Czemu więc dopuszcza się czegoś takiego? Czy uważa, że Kowalski jest tak głupi, że nie zareaguje w żaden sposób na tak jawnie kpiący z niego pomysł?

Kolejny temat do refleksji, tym razem wielopłaszczyznowy, albowiem głosy w tej sprawie mogą być różne. Chodzi o 50% podatek dla najbogatszych*. Czy prawo powinno być uniwersalne czy też względne i układane w zależności od bieżącej sytuacji? Jeśli pójdziemy torem logiki, zgodnie z którą człowiek ma więcej, ponieważ więcej pracował i lepiej wykorzystał swoje zasoby to dlaczego ma być mu zabrane więcej niż tym, którzy - bez przeproszenia - ciągnęli socjale i obijali się pozornie szukając pracy (nie mówimy o osobach obiektywnie mających problemy z pracą) oraz tym, którzy zadowalają się życiem na poziomie dostatecznym. Jeśli ktoś się dorobił to tylko chwała mu za to, ponieważ zarabiając najwyraźniej myślał i pracował ponadprzeciętnie. Połączenie Pracy rąk i głowy jest bowiem fundamentem generowania dochodów i świadczy o podejmowaniu wysiłku.

Co więcej, najbogatsi to z reguły przedsiębiorcy, którzy podejmują ryzyko utraty wszystkiego w walce z głupotą przepisów, nieprzychylnością urzędów, biurokracją, konkurencją. Pracują nierzadko 24/7, a nie 8h od poniedziałku do piątku. Należy dodać, że dążenia najbogatszych przedsiębiorców owocują w nowe miejsca pracy i rozwój gospodarczy. I czy właśnie za to ma być "nagroda" w postaci 50% daniny?

Nie ma sensu narzekać i marudzić na wzór Kowalskiego przy piątkowej wódce i śledziu, choć niezwykle to trudne. Warto jednak dla własnego dobra obserwować, że pomysły i dążenia polskiej polityki zaczynają wychodzić nie tylko poza obszar logiki, ale co gorsza zdroworozsądkowej przyzwoitości.

Dokąd zmierzamy nie wie nikt (choć Geralde Celente twierdzi inaczej), ale z pewnością wskazówki dostarczyć nam może następny wpis: Inflacja według supermarketu kwiecień 2012.

* Oczywiście mowa o uczciwych najbogatszych (nie możemy generalizować, że wszyscy zamożni to przestępcy). Rozważania na temat najbogatszych nieuczciwych pozostawiamy prokuraturze, ministerstwu sprawiedliwości, przedstawicielom socjologii i etyki.